W sobotę minął tydzień od mojego przylotu do Wau. Tydzień, który mogę streścić w trzech słowach: praca, sen i modlitwa.
Praca z kilkoma 70-osobowymi klasami, 14 nauczycielami, 3 siostrami i 1 nowicjuszką. Praca owocująca mnóstwem radości, całą masą uśmiechów, dwusetką wyciągniętych do mnie dłoni. Praca, która coraz mocniej popycha mnie do modlitwy i skłania ciężarem do snu.
Od samego przylotu zaczęłam pracę z nauczycielami. W sobotę mieliśmy pierwsze spotkanie, w niedzielę zaczęłam tworzyć slajdy do popołudniowych wykładów. W poniedziałek poznałam klasy w szkole st. Joseph, 4 pomieszczenia wypełnione 4-,5- i 6-latkami.
Zapoznałam ich z moim pluszowym króliczkiem, który otrzymał imię Bakhita, czyli szczęściarz oraz z piosenką na powitanie i kilkoma grami. Od tego czasu nic się nie zmienia. Każdego dnia poznajemy imię Bakhity, każdego dnia uczymy się nowej gry, każdego dnia nauczyciele powtarzają z dziećmi jedną starą zabawę.
Każdy dzień wygląda prawie tak samo. Tylko słowo prawie ma tutaj znaczenie. Każdego dnia w klasie jest trochę ciszej. Z każdą nową grą jest coraz łatwiej wyjaśnić zasady. Każda kolejna piosenka jest coraz łatwiejsza do zapamiętania. Każdy uśmiech jest coraz szerszy. Coraz mniej widzę kijka używanego w ramach dyscypliny. Coraz więcej chęci i pytań od nauczycieli.
Drobne zmiany w dobrym kierunku. W ten sposób właśnie działa Bóg. W ten sposób zmienia nasze serca. Każdego dnia troszeczkę przybliża nas do siebie.
Ela







