Wybierz Stronę

Na misję wyleciałam sama. W każdym razie taki był plan. Bóg jednak ma inne plany niż ludzie.

Mój czas w Wau bardzo szybko dobiegł końca. Drugi tydzień szkolenia nauczycieli przeleciał mi przez palce i zostawił mnie w melancholijnym nastroju całkowicie niespakowaną na wieczór przed kolejną podróżą. Co z tych 2 tygodni zostanie ze mną na zawsze?

Wspomnienia ludzi. Poranki spędzane na wielkim assembly i na grach z „małą armią” przedszkolaków. Popołudniowe wykłady dla nauczycielek. Kawa na ulicy z Vy, nowicjuszką z Wietnamu. Wspólne gotowanie z Jennifer. Zakupy na markecie z mamą Bakhitą. Dyskusje z siostrami podczas przypadkowo złapanych wolnych chwil.

Moja misja miała być samotna, ale już na lotnisku w Warszawie spotkałam innych salezjańskich wolontariuszy. W Wau cały mój świat kręcił się wokół przyjaznych twarzy. W podróż z Wau do Juby wyruszyłam z s. Teresą, polską misjonarką i dwiema dziewczynami pracującymi dla salezjanek. W Addis Abeba odebrała mnie Melody, przyjaciółka z zeszłorocznej misji. W Dilla Bóg mi zesłał człowieka, który, dzięki przyjaźni z salezjankami, doprowadził mnie bezpiecznie do domu.

Kiedy Bóg nas gdzieś posyła, nie jesteśmy sami. Wystarczy mu zaufać, otworzyć oczy, uszy i serce a nasza misja nigdy nie będzie samotna.

Ela