Święty Jan Maria Vianey miał powiedzieć, „Nie mów ludziom o Bogu, kiedy nie pytają, ale żyj tak, by pytać zaczęli”. To trudne zadanie ale chyba najlepiej ilustruje dzieło misyjne w Mongolii. To kraj, w którym o Bogu mówić nie można, a jednak Salezjanie pracują tu z ogromnym zaangażowaniem już od ćwierćwiecza.
Aby dotrzeć do Mongolii, musiałem wyruszyć na lotnisko z samego rana. Już o 6:30, ksiądz Bartosz zabrał mnie spod domu i wyjechaliśmy do Warszawy. Co ciekawe, to właśnie w Warszawie po raz pierwszy spotkałem się z dziećmi z Mongolii. Kiedy zrobiliśmy na lotnisku zdjęcie z mongolską flagą, podeszła do nas dwójka dzieci. Chłopiec i dziewczynka. Uśmiechnięci spojrzeli na mnie, wskazali na flagę i powiedzieli „Mongolia, my jesteśmy z Mongolii”. Jak się okazało chłopiec miał lecieć tymi samymi lotami, co ja. Podróż z Warszawy do Ułan Bator, uwzględniając czterogodzinną przesiadkę w Pekinie, zajęła mi około czternaście godzin. Dodając do tego podróż do samej Warszawy, jak i przejazd z lotniska do domu Salezjanów, byłoby to jeszcze dłużej. Więcej jednak, o podróży opowiem, w planowanym videoblogu na naszym kanale YouTube.
Wylądowałem na lotnisku w Ułan Bator, około jedenastej lokalnego czasu. W Polsce było zaś koło piatej rano. Z lotniska odebrał mnie brat Krzysztof, polski salezjanin, który pracuje w Mongolii od osiemnastu lat. Weekend spędziłem w stolicy, oswajając się z miejscem i mniej więcej zapoznając z misją w tym kraju. Już pierwszego dnia, na kolację, został przyrządzony ikoniczny mongolski Horhog. Potrawka z baraniny, uzupełniona ziemniakiem i marchewką, której ważnym elementem przygotowania, są rozgrzane na węglu kamienie. W sobotę rano pojechałem poznać stolicę. Udałem się na plac Sukhbatar i odwiedziłem muzeum Chyngis Chana. Niestety okazało się, że w samym muzeum nie można robić zdjęć bez dodatkowej opłaty, z wyjątkiem hali wielkiego Chana, która powstała w zeszłym roku i w której znajduje się pozłacany pomnik twórcy potęgi mongolskiego imperium. Samo Ułan-Bator zaskoczyło mnie głównie ogromem zakorkowania oraz nagromadzeniem nowoczesnych inwestycji, w ramach których w całym mieście wyrastają szklane wieżowce.
W Ułan Bator dowiedziałem się, że misja salezjańska w Mongolii rozpoczęła się w 2001 roku. Brat Krzysztof opowiedział mi, że zgromadzenie św. Jana Bosco, zostało zaproszone przez rząd Mongolii, ze względu na problemy z młodzieżą. Niestety, mimo, że sam rząd zaprosił misjonarzy, to konsekwentnie utrudnia im pracę. W Mongolii o Bogu można mówić tylko w kościele. Dzieci na Mszę chodzić bez zezwolenia rodziców nie mogą, także te pod opieką Salezjanów. Nawet katolickie szkoły, oratoria i inne instytucje kościelne nie mogą poruszać tematyki chrześcijańskiej. Wciąż ogranicza się też możliwości sprawowania liturgii. Mimo, że po wizycie papieża Franciszka, rząd zgodził się na spisanie i podpisanie konkordatu, to regularnie utrudnia jego finalizację. Mongolia jest zatem wciąż krajem ściśle misyjnym. Nie tylko dlatego, że w żyje tu bardzo mało chrześcijan, a więc osób, które przyjęły wiarę ale też dlatego, że wielu nie mogło jej nawet poznać. Muszę przy tym dodać, że Salezjanie w Mongolii, opanowali do perfekcji sztukę inkulturacji. Ogromne wrażenie zrobiły na mnie różne wizje wizerunku Maryi Wspomożycielki Wiernych, w strojach i o aparycji mongolskiej. Bardzo podobają mi się tabernakula i w Ułan Bator, i w Darchan, w kształcie jurty. Kształt wzorowany na jurcie, mają zresztą i kościoły. I katedra świętych Piotra i Pawła w stolicy, i kościół w Shuuvu, którego nie miałem okazji zobaczyć osobiście ale znam ze zdjęć.
We poniedziałek mój pobyt w Ułan Bator się skończył. Zapakowany w autokar, wyjechałem w czterogodzinną podróż do Darchan. Po drodze oglądałem piękno mongolskiego krajobrazu. Niewysokie (pod kątem wysokości względnej) góry, po których biegają stada koni, a także krów i kóz. Czasem pojedyncze, a czasem skupione w mniejszych lub większych skupiskach, jurty. Parę razy zaobserwowałem też ślady kultu buddyjskiego. Odniosłem też wrażenie, że im dalej na północ, tym więcej drzew pokrywa mongolskie góry.
Z przystanku w Darchan odebrał mnie ksiądz Mario i już wkrótce znalazłem w tutejszej wspólnocie. Tę tworzą ks. Mario, ks. Paolo i brat Simon. Tego dnia oratorium było zamknięte. Salezjanie poświęcali się innym pracom. Zrządzeniem losu, udało mi się jednak już wtedy spotkać się z dziećmi. Po codziennym różańcu, postanowiłem zobaczyć kościół Auxilum (NMP Wspomożycielki Wiernych). Pod którym czas wolny spędzali lokalni chłopcy, którzy widząc mnie, musieli zaspokoić swoją ciekawość. Zapoznałem się z nimi i mimo faktu, że oni nie mówili po angielsku, a ja nie mówię po mongolsku, próbowaliśmy znaleźć współny jezyk, w czym znacznie pomógł brat Simon. Szybko przełamali wszystkie bariery i zaczęli się na mnie wspinać, zaczepiać i szukać zabawy. Chłopców spotkałem ponownie następnego dnia właśnie w oratorium. Mimo krótkiej znajomości, nie miałbym najmniejszego problemu, aby ich rozpoznać, nawet z daleka, bo przyszli w dokładnie tych samych ubraniach.
Mongolia, to kraj zupełnie inny od tych, w których byłem dotychczas jako wolonariusz misyjny. Widać jednak, że tak jak w Liberii czy Gambii, tak i tu, dzieci przede wszystkim potrzebują uwagi, a rozpierająca je energia, przynosi mnóstwo uśmiechu i nadziei wszystkim wolontariuszom. Dotychczas w czasie tej misji nie wydarzyło się zbyt dużo ale patrzę z ogromną nadzieją na nadchodzące dni. Oby mój pobyt w Mongolii przynosił jak najlepsze owoce.
Piotr











